7 stycznia 2015

Studniówka balem życia?

Studniówka. Ma się ją tylko jedną i jest, a przynajmniej powinna być, czymś niezwykle wyjątkowym, pełnym ochów i achów. Każdy z ekscytacją powinien czekać na tę jedną jedyną noc, w ciągu której będzie bawić się najlepiej na świecie, śmiać się głośno z przyjaciółmi, tańczyć do upadłego w rytm świetnej muzyki, demonstrować szczyt elegancji w trakcie poloneza w powłóczystej sukni lub dopasowanym garniturze. Myślę, że moja przyjaciółka słusznie stwierdziła, że nie uznaje tego za swój "bal życia".

Panika studniówkowa zaczęła się już kilka miesięcy temu. I okazało się, że studniówka to nie wesoła impreza, a pasmo problemów, których większość osób się nie spodziewała. A już na pewno to szereg problemów, jeżeli do głosu dopuszcza się ludzi z mojego rocznika. 

Pierwszy, jaki się wysunął to: miejsce. Nie mogliśmy tego urządzić w naszym mieście, nie ma sensu, bo po co tak blisko? Trzeba wybrać knajpę co najmniej dwadzieścia kilometrów dalej. I tutaj padają propozycje. Pierwsza w ultra drogim hotelu, ponieważ burżujska część szkoły tak chce i tak ma być. Na szczęście są osoby, które myślą w sposób bardziej logiczny i zdecydowali się na karczmę przy drodze. Sala
z kolumienkami, przestronna, z balkonikiem idealnym do śledzenia uczniów przez nauczycieli...
To skoro jest miejsce, to trzeba teraz wybrać termin. Dobrze, a więc kiedy? Propozycja dyrektorki? Może w jakąś sobotę albo w środku ferii? Tak, to brzmi tak świetnie, że aż źle. Więc pada na 5 stycznia, na następny dzień Trzech Króli, to gdy nasze zwłoki zostaną odtransportowane do domów przynajmniej się wyśpimy. Skoro już mamy miejsce i termin, to można powiedzieć, że to prawie połowa sukcesu. Tak mniej więcej jednak trzecia.
Pora rozpocząć naukę układu poloneza - prawdopodobnie jest to moja największa zmora, gdyż przy tańcu posiadam dwie lewe nogi. Szczęściem w nieszczęściu był fakt, że idąc samotnie na studniówkę nie musiałam tańczyć tego durnego poloneza. Wracając jednak do meritum: układ. Kilka dziewczyn z mojej klasy uznało, że trzeba coś wymyślić, a więc zaczęły tworzyć przywitanie w polonezie, magiczne koło, którego dalej nie rozumiem, aby nasza klasa i tak zawaliła w trakcie studniówki. Po prostu nie wyrobili się w czasie, kiedy reszta klas miała przedłużoną melodię, a my nie. Jak pech, to pech! 
Kolejnym zapewne NAJWIĘKSZYM problemem każdej dziewczyny były: sukienka, buty, biżuteria, makijaż, fryzjer. I tym sposobem zaczynają się maratony po sklepach, poszukiwania odpowiedniej kreacji, która wyszczupli, będzie ładna, sprawi, że innym opadną szczęki i jednocześnie taka, co by do niej buty dało się znaleźć. Przed wyruszeniem do sklepu z rodzicami prawie rwałam włosy z głowy. Uległam presji społecznej, a fakt, że nienawidzę zakupów nie ułatwiał sprawy. Spodziewałam się, że za pół godziny od wejścia do sklepu będę umierać, znudzona przeglądaniem ubrań, a moja mama umrze z rozpaczy, gdy zaneguję piętnastą sukienkę z rzędu. Jednak los się nade mną ulitował i kupiłam sukienkę już w pierwszym sklepie. Weszłam do pierwszego sklepu z butami i znalazłam odpowiednie szpilki. Bolerko znalazłam dopiero w trzecim z kolei. Tym sposobem można powiedzieć, że zakupy owocne i niezwykle szokujące dla mojej rodziny. Oczywiście nie dla wszystkim poszło to aż tak łatwo. Większość dziewczyn nie znalazła sukienek w pierwszym sklepie, ani w drugim, ani nawet w piątym... Stawiam, że byłam ewenementem swojego rodzaju. 
Co dalej? A, no tak, fryzjerki i kosmetyczki! Trochę mnie zaskakiwało ile dziewczyn ruszyło do zakładów, aby się upiększyć. Na co dzień malowały się same, a więc nie rozumiałam dlaczego tym razem nie mogły? Przecież to nie jest ich wesele! Ale skoro jednak chciały, to proszę bardzo. Ja wyszłam z założenia, że jak po papierze umiem rysować, to i po twarzy sobie poradzę, a fryzjerem za to była moja mama, bynajmniej niebędąca fryzjerką z zawodu. 
Pomińmy już fakt, że moja klasa zdążyła się ostro pokłócił na facebook'u, obrazić przez osoby trzecie
i strzelić focha z przytupem i przejdźmy dalej. Dochodzimy do dnia studniówki, wszyscy mieli przyjechać autokarami, ponieważ jesteśmy jedną, wielką, szczęśliwą rodziną. I jedna, wielka, szczęśliwa rodzina zawsze musi mieć uśmiechy przy twarzy i sprawiać wrażenie, że jesteśmy idealni, w końcu jesteśmy PIERWSZYM liceum w mieście, a to coś znaczy! A przynajmniej zdaniem Pani Dyrektor. 
Do imprezy byłam negatywnie nastawiona, nie rozumiałam i dalej nie rozumiem, o co chodzi z tą otoczką dookoła studniówki. Najpierw płaci się krocie, bo prawda jest taka, że idąc z osobą towarzyszącą spoza szkoły płacisz już 450 złotych, dołączając do tego sukienkę, buty, w przypadku niektórych kosmetyczkę i fryzjera szybko dochodzimy do kwoty tysiąca złotych. I za co? Kilka godzin przebywania na parkiecie i jedzenia Drugie w koleje jest przybycie na miejsce, głodowanie, tańczenie poloneza, potem zjedzenie czegoś i znowu tańczenie do kiepskiej muzyki puszczanej przez niezbyt dobrego wodzireja. A potem o szóstej byliśmy w domach i poszliśmy spać. 
Prawda jest taka, że to nie żaden bal życia. Może niepowtarzalna impreza, bo zapewne nie będzie drugiej takiej, na której trafi się tyle osób ze szkoły. Ale w sumie: kogo to obchodzi? Może jestem dziwna, ale preferuję imprezowanie z najbliższymi znajomymi, a mimo trzech lat w tej szkole, nie miałam pojęcia, że niektóre osoby są z równoległych klas! Więc tym bardziej nie widzę potrzeby bawienia się z nimi. Wspomnienia zostaną? Jeżeli nie wypiło się zbyt dużo wódki pod stołem to na pewno. Zdjęcia za parę lat miło będzie obejrzeć, ale dalej nie uznaję tego za fenomen. 
Podsumowując to nie był mój bal życia. I na pewno nie będzie nim super impreza z ogromem ludzi. 

6 komentarzy:

  1. Wydaje mi się, że kiedyś było inaczej, lepiej. Mniejszy koszt, mniejsze oczekiwania, lepsza zabawa. A chyba zawsze jest tak, że gdy oczekiwania są duże to człowiek łatwo się rozczarowuje. Ja swojej studniówki też nie uważam za bal życia. Moje całe życie to jeden wielki i bal i tego się trzymam, o :D I poloneza też nie tańczyłam i nie czuję, że coś przez to straciłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój tata chodził do tego samego liceum, co ja. Studniówka wtedy wyglądała tak, że mieli imprezę na dużej sali gimnastycznej. Przynajmniej nie musieli płacić za lokal!
      Życie jako jeden wielki bal? O! Podoba mi się to. Można się tego trzymać.

      Usuń
  2. Ja studniówkę sobie odpuściłam, jak Ty nie lubię tego typu imprez, a już szczególnie, gdy trzeba wydać na nią tyle kasy, więc nie widziałam powodu, dla którego miałabym brać udział w tej farsie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się udałam ze względu na presję społeczną. Zgadzam się jednak, że to spory wydatek, do tego niewarty swojej ceny.

      Usuń
  3. Dzięki za uwzględnienie mnie w poście :3 Cieszę się, że w końcu zaczynasz traktować mnie jako swój autorytet, który nie popełnia błędów życiowych XD Wiedziałam, że studniówka to dno, dlatego nie poszłam - szkoda pieniędzy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, nie traktuję cię jako autorytet, Nemezis, ale jesteś bardzo pomocna w tworzeniu niektórych tekstów :P Słuchaj, nic nie straciłaś!

      Usuń

Szablon wykonany przez prudence.