17 lutego 2015

Książki, jak narkotyk

Ponieważ powinnam się teraz uczyć dwudziestu dwóch organizacji międzynarodowych, to napiszę notkę, nijak mająca się do tematu CEFTY, EFTY i innych ISE. 
Książki i czekolada! Prawdopodobnie moje dwie największe miłości życia. Mogłabym się rozpisać na temat tego drugiego na kilka stron w Wordzie, dlaczego akurat lubię ten rodzaj czekolady, a nie inny i czemu toleruję tylko jeden rodzaj gorzkiej czekolady, ale postanowiłam się skupić na pierwszym, do czego zainspirowała mnie notka redcar o podobnej tematyce. Skupmy się więc na książkach! 

Jako dziecko szczerze ich nienawidziłam. 
No, dobrze, słowo "nienawiść" jest zbyt mocne. Po prostu nie lubiłam czytać. Stroniłam się od tego, mimo że moi rodzice (obydwoje zdiagnozowani przeze mnie jako książkoholicy) kupowali mi kolejne pozycje warte uwagi. Tym sposobem miałam już zapełnioną jedną półkę tomami, których nigdy nie tknęłam i nie zapowiadało się, abym kiedykolwiek miała to zrobić. A jednak! 
Pewnego pięknego dnia, w podstawówce, zaczęłam czytać "Opowieści z Narnii: Lew, Czarownica i stara szafa". I okazało się, że mi się to spodobało! Szybko poprosiłam rodziców o to, żeby kupili mi "Księcia Kaspiana", a po przeczytaniu tego dostałam naprawdę ładne wydanie wszystkich siedmiu części, które do dzisiaj stoi u mnie na półce. Potem już nie mogłam się oderwać. Trzecią część zabrałam na wyjazd do Chorwacji i szczerze nie potrafiłam się skupić na niczym innym. Co z tego, że plaża, lody, owoce i morze, książka stała się nagle zdecydowanie ważniejsza. Po przeczytaniu całej serii zabrałam się do czytania tych książek, które rodzice mi kiedyś nakupowali. I tak zaczęłam: na kontynuacje "Eragona" czekałam z niecierpliwością, "Anię z Zielonego Wzgórza" pokochałam, jakbym znała ją naprawdę, "Niekończąca się historia" pochłonęła mnie do reszty. A potem już szło z górki, "Rodzina Penderwicków", "Szatan z siódmej klasy", "Pollyanna", "Godzina pąsowej róży"... 
Moja miłość do książek pojawiła się z kompletnego przypadku i znając mnie: z nudy. Ot, nie mam co robić, to może skuszę się jednak na przeczytanie czegoś. Kontynuując moją ckliwą historię, muszę powiedzieć, że pierwsze książki, jakie kupiłam sobie sama, za własne oszczędności nie należały do wyrafinowanych pozycji. Były to bowiem "Pamiętniki Wampirów", na które teraz patrzę z dozą żałości (choć większe załamanie powoduje "Zmierzch" - człowiek uczy się w końcu na błędach). Chyba po prostu musiałam przejść przez fazę zafascynowania krwiopijcami, aby zacząć czytać coś oryginalniejszego. 
Książki są dla mnie wyjątkowe. Każda z nich przekazuje pewną historię, opisuje coś nowego. Autor włożył w stworzenie tego kawałek swojej duszy, a czytając jego powieść, mam wrażenie, jakbym w pewnym minimalnym stopniu go poznała. Niektóre pozycje mogą rozedrzeć moje serce na kawałki, sprawiając, że uronię łzę, inne doprowadzają mnie do złości, kiedy zaczynam wyzywać na pół domu główną bohaterkę (tak, mam nadzieję, że usłyszy moje "NIE RÓB TEGO!"). Każdy tom pozwala mi na ucieczkę do innego świata, ciekawszego, wykreowanego przez kogoś ze wspaniałą wyobraźnią, w którym wszystko będzie interesujące i żywe. Czytanie uznaję za swoiste odciągnięcie myśli od tego, o czym myśleć nie chcę. 
Nawet jeżeli słyszę od babci "ty za dużo czytasz!", to i tak dalej to robię, bo to zdecydowanie lepsze zajęcie niż łażenie po sklepach i polowanie na wyprzedaże. Choć może bardziej przeraża ją to, że po trzech godzinach leżenia na łóżku oświadczam: Właśnie skończyłam kolejną książkę, wyjdę z domu tylko po to, aby wstąpić do księgarni i kupić coś nowego, bo znowu nie mam, co czytać. Chyba takie fatum, że, gdy książka jest naprawdę wciągająca, zaczynam ją czytać i po paru godzinach jest skończona. Ostatnio w jeden wieczór pochłonęłam 478 stronicową książkę, a więc w trakcie nadmiaru wolnego czasu cierpię na syndrom "nie mam co czytać". 
Każdą, jedną książkę uznaję za swojego przyjaciela, a może nawet zaadoptowane dziecko! Dlatego nie wyobrażam sobie, abym miała oddać je kiedykolwiek do biblioteki (nawet jeżeli jest to "Zmierzch"), ani sprzedać. A już na pewno nie umiałabym wybrać tej, którą "najbardziej lubię". Poważnie, kto wymyślił frazę "ulubiona książka"? Jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie "wymień książki, które najbardziej lubisz", ale jedną?! Przecież to niemożliwe! Prawdopodobnie głowiłabym się nad tym kilka godzin i mimo to nie potrafiła dokonać wyboru! 
Co więcej, książki stały się czymś, co doprowadziło do wykreowania mojego największego marzenia: wydania własnej. Oczywiście, piszę jakieś opowiadania, które często się nie kończą, o czym moja przyjaciółka (stała czytelniczka) wie najlepiej. Mimo to liczę, że pewnego razu pojawi się taki temat, na który zacznę pisać i po trzystu stronach w Wordzie krzyknę: "To jest to!". Stąd też mogę powiedzieć, że książki doprowadziły do tego, że pokochałam pisanie: opowiadań, blogów, artykułów, felietonów i stąd  też pojawił się mój cel zostania dziennikarką. 
Jakby na to nie patrzeć, to wiele zawdzięczam książkom. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć (i zapewne to się nigdy nie stanie) ludzi, którzy nie lubią czytać. Nie mi jest jednak ich oceniać. Jeżeli preferują inne formy rozrywki - ok, w porządku. Dla mnie jednak książki są czymś wspaniałym, są prawie jak narkotyk! 
Gdy raz spróbujesz tych naprawdę dobrych, nie będziesz mógł się oderwać... 

8 komentarzy:

  1. Bardzo fajnie piszesz, podoba mi się tematyka Twojego bloga, wszystko jest tu uporządkowane i na temat!
    + w odpowiedzi - Kosmetyki amerykańskie są nastawione na grupę odbiorców natomiast azjatyckie na działanie. Stąd ich lepsza skuteczność oraz cena. Serdecznie polecam!
    http://nekoworlds.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo ^^ To miłe, że ktoś tak mówi.
      Prawdopodobnie coś w tym jest! Ale chyba w takim układzie faktycznie lepiej skłonić się ku azjatyckim.

      Usuń
  2. Widzisz? Nie tylko ja sądzę, że fajnie piszesz ^^ Ja również jestem osobą, którą książki nakierowały na nową ścieżkę w życiu. Gdyby nie one, nie wiem jakby moje życie teraz wyglądało - może byłabym jedną z tych głupiutkich dziewcząt?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to już mamy duet osób, które mnie pochwaliły :P Cóż, jakbyś należała do "głupiutkich" to bym się z tobą nie przyjaźniła - wybacz. :P Plus dzięki za komentarz.

      Usuń
  3. Cieszę się, że mogłam Cię jakoś zainspirować :) I chyba się za bardzo rozpisywać (tym razem :D) nie będę, bo sądzę, że mamy podobne zdanie na temat i parę słów wymieniłyśmy o książkach u mnie.
    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda ^^ Dziękuję za inspirację :P

      Usuń
  4. Też uwielbiam czytać. Jedynie może chciałabym robić to trochę szybciej, bo tyle książek chcę przeczytać, a w sumie dość wolno mi to idzie. Podziwiam tych, którzy potrafią połykać książki. Chociaż jak jakaś wciągnie to wiadomo :)
    I w ogóle fantastycznie opisałaś czym jest magia i wyjątkowość książek. No nic dodać nic ująć! :D
    Ach, też marzę by wydać powieść! Nawet teraz jedną piszę ;)
    Na co sie uczysz tych organizacji?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale czytając wolniej dłużej się nacieszysz książką! Ja połykam je w całości, ale szybko nie mam co znowu czytać.
      Dziękuję! To bardzo miłe ^^
      O! To powodzenia życzę, a w jakiej tematyce ta powieść? Żebym potem wiedziała, czego w księgarni szukać.
      Wiedza o społeczeństwie. Matura za dwa miesiące i muszę znać najważniejsze organizacje - niestety ><

      Usuń

Szablon wykonany przez prudence.