11 kwietnia 2015

Nauczyciel (nie) z powołania

Nauczyciel to ciężki zawód do którego nie każdy się nadaje. Wszyscy znają ten typ nauczyciela "nie z powołania". To niezwykle irytujący typ, który sprawia, że odechciewa ci się uczyć niektórych przedmiotów. A przychodząc na jego lekcje wpada się w paskudny stan, przez który masz ochotę wyskoczyć z drugiego piętra przez zamknięte okno. I po praktycznie 12 latach nauki (24 kwietnia mam zakończenie roku) muszę powiedzieć, że wielokrotnie spotkałam się z tym przypadkiem nauczycieli.
Jak już wspomniałam, zawód nauczyciela nie jest łatwy. Potrzeba do niego dużo cierpliwości, charyzmy, umiejętności łatwego nawiązywania relacji międzyludzkich, umiejętności w przekazywaniu wiedzy i przede wszystkim trzeba to lubić. O sobie mogę powiedzieć, że nie nadawałabym się do tego zawodu. Po pierwsze: dzieci lubią mnie, ale ja ich niekoniecznie. Po drugie: nie mam cierpliwości, aby tłumaczyć coś po raz któryś z kolei (ba! ja nawet drugi raz nie lubię czegoś tłumaczyć). Prawdopodobnie szybko zaczęłabym walić głową o ścianę i wylądowała w zakładzie dla psychicznie chorych lub w więzieniu.
I wiele ludzi, podobnie, jak ja, albo od początku nie nadaje się do tej roboty albo z czasem wypala się i traci zapał. Naprawdę podziwiam takie osoby, które po długich latach uczenia w szkołach potrafią dalej tłumaczyć po raz enty to samo zagadnienie. Trzeba jednak powiedzieć, że takich nauczycieli jest naprawdę mało. I gdybym się tak porządnie zastanowiła to kilku takich nauczycieli z przestrzeni całej mojej edukacji potrafiłabym wymienić. Na pewno zaliczałaby się do nich moja obecna polonistka, która opowiada tak, że się jej słucha (choć wiem, że są u mnie w klasie osoby, które nie lubią jej stylu nauczania). Dla mnie jednak ta kobieta posiada ogromną wiedzę i potrafi ją przekazać uczniom, jednocześnie będąc bardzo ciepłą osobą, która zawsze pomoże uczniom. Wydaje mi się, że dobrym przykładem będzie też moja obecna pani z francuskiego, która uczy tego języka w również praktyczny sposób, a nie tylko suchych struktur gramatycznych.W gimnazjum moja nauczyciela rosyjskiego również była wymagająca, miła, a jednocześnie potrafiła wytłumaczyć ten język tak, że dało się go polubić, choć niestety wiele już zapomniałam po trzech latach niepowtarzania słownictwa...
Ale! Miałam mówić o nauczycielach, którzy nie są z powołania i tutaj prawdopodobnie mogłabym wymienić całą litanię takich, którzy przez lata doprowadzali mnie swoim stylem nauczania do szewskiej pasji. Jednak zdecydowanie na pierwszym miejscu będzie moja nauczycielka z angielskiego. Kobieta, która twierdzi, że ma brytyjski akcent, jednak tak naprawdę po prostu sepleni. Szczerze współczuję tym, których będzie egzaminować na maturze. Do tego nie uczy niczego przydatnego, ale struktur gramatycznych, których nigdy nie użyjemy w przyszłości i bardzo "sophisticated words", na które Anglik wybuchnie śmiechem. Jednocześnie jest niesprawiedliwa, ktoś, kogo lubi ma spokój na trzy lata, znienawidzona osoba, choćby dobrze znała ten język będzie miała przerąbane i jest skazana na porażkę.
Innym przykładem będzie moja pani z matematyki. Kobieta przemiła! Świetnie się z nią rozmawia o serialach, wycieczkach czy uczniach, którzy już wyszli ze szkoły. Aczkolwiek z matematyki... Cóż, większość mojej klasy chodzi na korepetycje, ponieważ nie rozumie tego, co ona próbuje nam przekazać. I prawda jest taka, że przez dwa lata liceum matematyka szła mi tragicznie w porównaniu do tego, jak wyglądały moje oceny w szkole podstawowej czy gimnazjum. Dopiero w trzeciej klasie, gdy poszłam na korki z matmy, wróciłam do tego poziomu, który utrzymywałam przez dziewięć lat.
Innymi przykładami byłaby moja nauczycielka z angielskiego z gimnazjum, kobieta, która znała angielski tylko wtedy, kiedy na tyłach klasy siedziała dyrektorka. Na pewno do tego grona zaliczać się też będzie nauczycielka z informatyki w gimnazjum, która nie nauczyła nas niczego konkretnego o komputerach.
Mogłabym tak dalej wymieniać, ale nie o to chodzi. Przykre jest to, że ludzie, którzy uczą w szkołach w wielu przypadkach się do tego nie nadają. Intryguje mnie tylko jakim cudem, niektórzy będąc tragicznymi nauczycielami dalej nimi są! Choć w sumie, skoro potrafią się całkiem dobrze zgrywać przy inspekcjach, to nie dziwię się, że dalej mają ciepłe posady za biurkami. Bo w końcu czyje zdanie wygra? "Słabego" ucznia czy dyrektora, który po przyjściu na lekcji widzi anioła przy tablicy? 

14 komentarzy:

  1. O tak, u mnie mało jaki nauczyciel w szkole potrafi cieszyć się z tego, że uczy tego co sam lubi i przekazuje tą swoją pasję innym, którzy niekoniecznie to kiedyś lubili...
    Ja osobiście nienawidzę mojej nauczycielki z polskiego, która jest złośliwa i chyba sama nienawidzi tego co uczy...No ale podziwiam też moją panią od niemieckiego. Dzięki niej polubiłam ten język:).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie rozumiem, jak nauczyciele, którzy sami nie lubią swojego przedmiotu mogą go uczyć! Dla mnie to jest jakiś dziwny fenomen. Ale niestety nic na to nie poradzimy. Dobrze, że jest tych kilku nauczycieli, którzy potrafią przekazać wiedzę.

      Usuń
    2. Może dlatego, że po prostu chcą i muszą zarobić pieniądze...a to w jaki sposób przekazują wiedzę bynajmniej ich nie interesuje...no z pewnymi wyjątkami;].

      Usuń
    3. Zapewne masz rację, co jest dość przykre :/

      Usuń
    4. Studiowałam polonistykę i niestety z przykrością stwierdzam, że mój wydział wypuszcza właśnie taką dużą ilość nauczycieli "nie z powołania". Powód? Otóż specjalizacja nauczycielska była jedyną, na którą nie trzeba zdawać testów predyspozycji. Zdawało się je na specjalizację "medialną", wydawniczą, logopedyczną. A na nauczycielską, czyli tam gdzie właśnie wypadałoby jakoś sprawdzić kandydatów... nie było żadnych testów, rozmów, egzaminów. Dlatego spora część, która ją wybierała, nie robiła tego z powołania, tylko dlatego że nie zdała/nie chciało jej się zdawać na inną specjalizację. I to jest jeszcze bardziej przykre.

      Usuń
    5. Naprawdę? Nie znałam tego problemu od tej strony. To faktycznie beznadziejne, że ludzie idą na kierunek pedagogiczny, ponieważ prościej się na niego dostać. Inna sprawa, że z tego, co wymieniłaś, to faktycznie najbardziej wypadałoby sprawdzić właśnie tych, którzy mają w przyszłości uczyć >< Czasami nie rozumiem systemu, jaki funkcjonuje w szkołach czy na uczelniach... Ale cóż zrobić?

      Usuń
  2. Popieram myśl, że nauczyciele powinni kochać ludzi i uczyć nowymi metodami. Pisałam o tym w poście. Dzieci mają się uczyć w nowoczesnej szkole na blogu http://bezpukania.blog.pl Co o tym sądzisz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochać nie muszą, ale chociaż szanować uczniów by wypadało, a niektórzy nauczyciele nawet tego nie potrafią.

      Usuń
  3. Wiesz, ja mam nauczycielkę, której mamusia jest dyrektorką - to dopiero zła kombinacja, bo spróbuj jej coś zrobić, a uczyć nie potrafi totalnie. U mnei w szkole - na szczęście - mam tylko nielicznych nauczycieli, którzy chyba wybrali ten zawód z przymusu. Kadra jest w większości młoda, pełna życia i z humorem! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matko... To o takiej kombinacji nigdy nie słyszałam. Faktycznie brzmi to co najmniej strasznie! ><
      To masz szczęście, że udało ci się trafić na takich nauczycieli! U mnie w szkole nie ma aż tak dużo młodej kadry. Niestety :/

      Usuń
  4. Czasem mam wrażenie, że moja polonistka i jednocześnie wychowawczyni uczy za karę. 3/4 klasy (w tym ja) w czasie lekcji w ogóle nie wie o co jej chodzi, a jak mówi strasznie się miota i chyba czasem sama siebie nie rozumie. A tak poza tym, nie narzekam na swoich nauczycieli. Z większością można się spokojnie dogadać i, przede wszystkim, potrafią uczyć.

    raven-recenzje.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To faktycznie masz beznadziejną tą polonistkę, ale skoro to tylko taka jedna nauczycielka, to jeszcze nie jest tak źle. Gorzej, gdy ten typ się rozpowszechnia i co drugi belfer nie potrafi uczyć.

      Usuń
  5. Właśnie...rzecz powołania. Tak naprawdę, powołanie powinno się mieć w każdym, ale to każdym zawodzie ale..to chyba jest niemożliwością; pewną utopią. I niestety są zawody szczególne jak lekarze czy nauczyciele, gdzie powołanie powinno być kluczem...ale jak widać, nawet to utopią w realnym świecie się staje. Często też ktoś, kto ma powołanie jest swojego rodzaju idealista...i to bywa cholernie niebezpieczne. Bo idealiści najłatwiej rozbijają się o rzeczywistościm wypalają i gorzknieją. I już nie mają powołania, a wielką dziurę pod sercem. I to bywa najgorsze.
    I czemu nimi dalej są? Układy, układziki...i gdyby mieli zatrudniać tylko dobrych, połowy kadry by pewnie nie było....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, że powołanie jest potrzebne w każdym zawodzie, jednak niestety wiele ludzi robi coś innego niż chcieli, ponieważ nie udało im się spełnić marzenia albo rodzice wmówili, że powinni wykonywać bardziej "stabilne" zawody.
      Co do idealistów to faktycznie najłatwiej ich zniszczyć, ponieważ mają coś do zniszczenia w przeciwieństwie do ludzi, którzy idą za falą. Ja jednak wychodzę z założenia, że "idee są kuloodporne".

      Usuń

Szablon wykonany przez prudence.