29 maja 2015

Słowem o maturze

Jestem fatalnym przykładem na dawanie rad typu "jak zdać maturę i nie zwariować"... Ale może właśnie opisanie mojego ostatniego miesiąca z perspektywy takiej ogromnej panikary, jak ja rzuci przychylniejsze światło na ten egzamin. Bo jakby na to nie patrzeć większość osób i tak zdaje maturę, a teraz, gdy pojawiła się jej nowa wersja wiele osób zaczęło panikować (włącznie ze mną). Króliczkami doświadczalnymi został rocznik 1996 i cóż, taki nasz już los. 
Zanim przejdę do maja, to chyba muszę zacząć trochę wcześniej i w wielkim skrócie napomknąć, jak to wyglądało od lipca zeszłego roku. Otóż wtedy uznałam, że NA PEWNO zacznę się uczyć już w wakacje. Przynajmniej będę spokojniejsza przy zdawaniu tej matury, bo zdążę się więcej nauczyć przez te kilka miesięcy. Ha, ha, ha... Skończyło się na tym, że w wakacje opanowałam pół mapy politycznej Afryki i Bliski Wschód, którego i tak w dużej części zapomniałam do maja (a był na maturze z wosu). Chciałam też powtarzać matematykę, ale zrobiłam może pięć zadań i na tym się skończyło. W rezultacie bardzo szybko przeszłam do obijania się i tak spędziłam wakacje.
We wrześniu kazano nam wypisać nasze wstępne deklaracje maturalne. Ale zanim o tym, to wspomnę o zmianach miedzy maturą 2014 i 2015. Dotychczas każdy przedmiot można było napisać na poziomie podstawowym i rozszerzonym. Obecnie podstawy mamy tylko trzy: język polski, matematyka i język nowożytny. Pozostałe przedmioty są na poziomie rozszerzonym i aby zdać maturę wystarczy napisać trzy podstawy na 30% oraz podejść do jednego rozszerzenia (czyli wejść do sali, wpisać kod na arkuszu i wyjść jeżeli komuś na tym nie zależy). W każdym razie: wrzesień. Zaprowadzono nas do sali informatycznej i zaczęliśmy wypisywać deklaracje. Na mojej znalazły się trzy rozszerzenia: język polski, język angielski oraz wiedza o społeczeństwie. I wtedy też bardzo chciałam się uczyć. A to, że wyszło, jak wyszło to inna sprawa. Mówiłam sobie: mam teraz konkurs, zajmę się tym potem, na razie muszę się skupić na eseju... 
Nie można powiedzieć, że wcale się nie uczyłam. Chodziłam na dodatkowe zajęcia z języka angielskiego, aczkolwiek nie w ramach przygotowania do matury, tylko do certyfikatu, który zdaję w przyszłą sobotę. Za nakazem rodziny zapisano mnie również na zajęcia z matematyki u pewnego Emeryta, który kiedyś uczył w jednym z miejskich techników. (Notabene na pierwszej lekcji byłam tak zestresowana, że nie umiałam zrobić prostych obliczeń.) Nie miałam problemów z matematyką, ale przynajmniej miałam solidną powtórkę przed maturą. I mimo to, że Pan zawsze mi mówił, że poradzę sobie, ja i tak marudziłam, że zginę marnie nad tym arkuszem (na szczęście nie umarłam, ale głupi błąd zrobiłam - minus w tą lub w tamtą, co to za różnica?). 
W gruncie rzeczy zaczęłam się bardziej przykładać do nauki pod koniec stycznia, z początku lutego... Coś w okolicach tego. Cały czas tylko słyszałam, że mam się uczyć i czy-już-przerobiłaś-ten-podręcznik albo czy-uczyłaś-się-dzisiaj-do-matury. Kończyło się to na oglądaniu seriali, filmów i uczenia, kiedy akurat uznałam, że faktycznie już powinnam. Ale to też nie było pilne uczenie się, z polskiego powtarzałam notatki z lekcji i przepisywałam je na komputer, a wos... Wos leżał odłogiem na biurku. Tak NAPRAWDĘ zaczęłam się uczyć na trzy tygodnie przed maturą. W ostatni tydzień przed maturą przerobiłam z cztery działy z wosu, ponieważ jeszcze tyle mi zostało (choć wg mojej genialnej rozpiski miałam mieć wszystko przerobione do końca marca!). Okazało się, że najlepiej uczy mi się z presją czasową, marudząc, że nie zdam i fukając na wszystkich w domu oraz płacząc, że będę kopać rowy. 
A potem były matury! Pierwszy był polski, który wszyscy przeżyli, matematyka też była stosunkowo prosta, choć po próbnej z grudnia wszyscy byli przerażeni. Angielski na podstawie również, z tego co pytałam, nie sprawiał ludziom problemów. I mniej więcej w środę, przed rozszerzonym językiem angielskim wszyscy zaczęli się nudzić... W poniedziałek rano praktycznie każdy był przerażony, obawiał się, że mu nie pójdzie i czego właściwie ma się spodziewać. Kiedy wbiliśmy się w ten rytm i okazało się, że:
  1. Teraz i tak się nic już nie nauczymy. 
  2. Wszyscy są w tej samej sytuacji. 
  3. Jeżeli się uczyliśmy, to jakoś to musi być.
To poszło o wiele łatwiej. Rozszerzony polski również był ciekawy z tematu, a wiedza o społeczeństwie momentami irytująca i podchwytliwa aczkolwiek każdy to przeżył. Nikt nie zemdlał na sali, nikt nie umarł nad arkuszem, nikt nie zaczął wzywać Boga do pomocy. Wszyscy się bali, a potem podołali. Pisemne matury w gruncie rzeczy niczym nie różniły się od tych, z poprzednich lat. W gruncie rzeczy ta matura nie była niczym aż tak nadzwyczajnym. Zapewne za rok nawet nie będę pamiętać, jakie miałam wyniki!
Gorzej było z ustnymi. Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać na polskim, ale jeżeli ktoś chciał, to około godziny dziewiątej wszystkie tematy dało się już znaleźć w sieci. Jeżeli ktoś miał maturę na godzinę czternastą, to zdążył przerobić wszystkie tematy po kilka razy. Tematy też nie mogły być skrajnie trudne i gdy pierwszy stres opadał, to od razu znajdowały się przykłady (a przynajmniej ja tak miałam). Bardziej stresujące było mówienie, ale komisja też nie była tam po to, aby kogoś zniszczyć. Próbowali pomóc, uśmiechali się... W gruncie rzeczy im nie zależy na tym, aby uczniowie ich szkoły oblali maturę! A poza tym trzeba pamiętać o dwóch rzeczach. Pierwsza: trzeba się postarać, aby nie mieć 30% (z tego, co wiem, to jedyne przypadki niezdania ustnych to tak potężny stres, że się milknie i nie mówi nic). Druga: Jeżeli nie idzie się na filologię polską na Uniwersytecie Śląskim, to ten ustny nigdzie indziej się nie liczy. Podobnie było z angielskim, może bardziej stresująco, bo jak czasem zapomni się mówić po polsku, to co dopiero w obcym języku, ale ten poziom jest przygotowany tak, aby go zdać. 
Dlatego też mam nadzieję, że nikt nie będzie tak bardzo panikować, jak ja, bo matura to nie jest aż tak dramatyczna rzecz. Można sobie z nią całkiem dobrze poradzić bez większego problemu. I tym, którzy zdają tą maturę za rok, dwa, trzy czy kiedykolwiek indziej życzę powodzenia!

Ps. Mam do was pytanie, czy chcielibyście notki popkulturowe? Związane z recenzjami książek, filmów, seriali itp.

16 komentarzy:

  1. Tak, recenzje książek jak najbardziej ☻
    A co do matury - czeka mnie za dwa lata, bo technikum. Tylko, że jedyne, czego się boję to ustny angielski, bo dobrze znam ten język, jak mam coś napisać albo przetłumaczyć, a prawdziwy problem zaczyna się, jak mam w nim rozmawiać. Z głowy ulatniają mi się nawet najprostsze słówka! No, ale mam jeszcze 2 lata, żeby nad tym popracować, a że ja ogólnie się nie stresuję (taaak, egzamin gimnazjalny - dookoła mnie ogólny stres i panika, a ja sobie siedzę i bawię się długopisem ^^) - to mam nadzieję, że będzie dobrze ☻ Ale nawet nie próbuję sobie wmówić, że będę się od września uczyć xd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze możesz spróbować załatwić sobie zajęcia z native speakerem. Godzinka tygodniowo rozmawiania TYLKO po angielsku naprawdę dużo daje. Ja też długo nie umiałam prawie nic powiedzieć, dopóki nie miałam zajęć przez rok z Irlandczykiem, który po polsku znał tylko przekleństwa i słowo "babcia". Także polecam tą formę nauki języka, na pewno więcej daje niż lekcje w szkole. Hahaha, to dobrze, że nie reagujesz gwałtownie na stres, to bardzo przydatne. Cóż, powodzenia za dwa lata :D

      Usuń
    2. Hm, chodziłam na dodatkowy angielski i tam właśnie nauczycielka kładła nacisk na mówienie. I to nie jest tak, że się stresuję właśnie tylko, że zapominam słówek, gramatyka zostaje i... chyba wolałabym zapominać gramatykę xd I właśnie przed maturą mam zamiar wrócić na jakieś 3 miesiące do tej nauczycielki na same speakingi ^^

      Usuń
    3. Słusznie, to dobre rozwiązanie :D
      Ja mimowolnie przy mówieniu robię najgłupsze błędy na poziomie szkoły podstawowej, słownictwo jest okay, większość gramatyki też, ale dodaję "s" na końcu nie tam gdzie trzeba. I tego nie słyszę, póki ktoś mi nie zwróci uwagi.
      W każdym razie, na pewno sobie poradzisz, a w komisji też wiedzą, że to stres i można zgłupieć ;)

      Usuń
  2. Jak najbardziej! Wpisy o filmach i muzyce szczególnie mile widziane!:).
    Ja maturę zdaję za rok i po prostu...strach w oczy kole...szczególnie z matmy i ustnego polskiego...jak wylosuję pytanie z gramatyki to nic nie powiem!!! Co do reszty jakoś nie czuję lęku:).
    Ja zawsze mam tak, że na początku strasznie się stresuję, aż mi się ręce pocą! Dopiero jak już podejdę do odp. ustnej czy to pisemnej to wszystko ulatuje...oczywiście, nie zawsze tak jest;], ale najczęściej:).
    Daj znać, jak będą wyniki!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co, ludziom całkiem nieźle szło z tą gramą. Znam parę osób, które miały z tego po 90%, a nawet 100%, a więc nie było to tak tragiczne.
      Mam podobnie, stresuję się przed faktem i po fakcie (bo wtedy ten stres schodzi). Dlatego panikowałam na moment przed maturą, potem uspokajałam się, gdy dawali mi arkusz i zaczynałam panikować, gdy miałam go oddać (co było dość dziwne).
      Z pisemnych będę miała wyniki dopiero 30 czerwca, z ustnych już mam, to z polskiego mam 100%, a z angielskiego 97% (straciłam jeden punkt, którego długo nie umiałam sobie wybaczyć).

      Usuń
    2. Heh, skoro tak mówisz...ale zmartwienie jest, zwłaszcza, że jestem dyslektykiem i można też zauważyć, że przesadzam z przecinkami!^^
      No ja mam właśnie podobnie...dziwne, nie da się zaprzeczyć;].
      O kurczę, no to gratuluję, bardzo dobrze ci poszło!:), a jakie miałaś pytanie z polskiego i z angielskiego? A cóż to za błąd!?

      Usuń
    3. Też mam tendencję do nadużywania przecinków :P Ale jednak za interpunkcję za dużo nie odejmują na wypracowaniach.
      Dziękuję :) Z polskiego miałam motyw nauczyciela w literaturze na podstawie obrazu Chardina. A na angielskim, cóż, to się składa na kilka pytań. Pomijając nieocenianą rozmowę wstępną, to tak: w pierwszym zadaniu są tak zwane "chmurki", zazwyczaj jest to "jedziecie gdzieś z przyjacielem z Anglii ustalcie to, to i to", a że ja mam pecha, to miałam zadanie "Rozmawiasz z przyjaciółką z Irlandii o ulubionym aktorze, uwzględnij: wygląd, dane osobowe, charakter/osobowość i osiągnięcia"... Potem w drugim zadaniu miałam obrazek przedstawiający lwa na sawannie i ludzi, robiących mu zdjęcia z samochodu. A w trzecim miałam trzy plakaty reklamujące Australię i miałam wybrać ten, którego użyłabym do konkursu wiedzy o Australii. A za co mi odebrali jeden punkt, to nie wiem. Babka z komisji powiedziała, że za drobne potknięcia, a moja pani z dodatkowego angielskiego uznała, że jak mnie zna, to za zbędne dodawanie "s" nad czym nie umiem zapanować i nie jestem świadoma, gdy to robię. Osobiście wydaje mi się, że to przez to, że przy ostatnim pytaniu zaczęłam się mieszać i trzy razy powiedziałam to samo zdanie innymi słowami.

      Usuń
    4. O mamuniu...no nie wiem, czy bym dała radę z polskiego...a długo mówiłaś?:>.
      No tak, słyszałam, że właśnie tak wygląda matura ustna z angielskiego...
      Ja najczęściej powtarzam ''Something like this'', to mnie tak denerwuje, ciągle bym to powtarzała!^^

      Usuń
    5. Temat był właśnie świetny! Od razu wiedziałam do czego powinnam się odwołać jako przykłady. A analizy obrazów też mi wychodzą, bo jednak zawsze lubiłam sztukę. A co do długości to... Nie mam bladego pojęcia >< Nie mieliśmy w sali zegara...
      Takie maniery ma każdy, a jezeli cię to faktycznie denerwuje, to masz rok na oduczenie się :)

      Usuń
  3. Napisałam maturę, odpowiedziałam przy ustnych - zdałam - i ŻYJĘ!!! Teraz tylko czekać do końca czerwca, na pozostałe wyniki -.- Moją opinię na temat matury znasz, powiem jedynie, że najbardziej zagiął mnie polski i filozofia, która okazała się na wyższym poziomie niż podejrzewałam ><

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polski pisemny? Cóż, wszyscy pomylili Micka z Kochanowskim, a więc chyba wszystkich zagięła. A na ustnym sobie i tak super poradziłaś :P Zresztą! Na pewno nam dobrze poszło!

      Usuń
  4. Mówiłam, że matura nie taka straszna i że próbne zawsze są trudniejsze? :) W każdym razie, cieszę się, że podołałaś i obyło się bez dramatów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiele osób tak mówiło! Aczkolwiek zawsze pozostaje stres. Cieszę się, że miałaś rację ^^

      Usuń
    2. Jasne, mimo wszystko zawsze jest stres. Też się cieszę, że to nie było jakieś traumatyczne przeżycie dla Ciebie. Bo ja nie chciałabym przechodzić przez to jeszcze raz xD ale ja ogólnie źle radzę sobie ze stresem, więc to dlatego :)

      Usuń
    3. Ja też sobie tragicznie radzę ze stresem, znaczy staram się z tym walczyć, ale jak już mnie dopadnie stres, to od razu z grubej rury >< Więc cieszyłam się, że nie wybiegłam z krzykiem z sali :P

      Usuń

Szablon wykonany przez prudence.