6 sierpnia 2015

Kraina Niepogody i Owadów

Dlaczego Kraina Niepogody? Niestety miałam tego pecha, że wyjechałam akurat w ten tydzień, w którym w całej Polsce była beznadziejna pogoda. W związku z tym przez siedem dni z dziesięciu albo padał deszcz albo było pochmurno. W każdym razie: przez zdecydowaną większość czasu było bardzo nieprzyjemnie. Na szczęście w ostatnie dni temperatura wzrosła, słońce wyszło zza chmur, osy (niestety) obudziły się do życia, a ludzie masowo zaczęli oblegać mały skrawek plaży obok jeziora. Tak, jak zapowiadałam przed wami moja, nazwijmy to, relacja z wyjazdu na Mazury. 

Takie cuda we Fromborku, jestem skora do zaadoptowania tej łodzi.
Na Mazurach byłam pierwszy raz w życiu, jakoś nigdy mojej rodziny tam nie ciągnęło, ale w końcu mama uległa pozytywnym opiniom swoich znajomych i tym sposobem zapewniliśmy sobie podróż. Siedmiogodzinną podróż samochodem z moim psem na tylnym siedzeniu, który wprost nienawidzi jeździć. Nie wiemy, co dokładnie mu w tym przeszkadza, ale byłby spokojny dopiero wtedy, gdyby mój tata przez cały ten czas jechał z tą samą prędkością, nie skręcał, nie hamował, nie przyspieszał. A że jest to niemożliwe, to mój pies wierci się na siedzeniu i zapewne gdyby wiedział, co to klimatyzacja, to bardzo by za nią dziękował jej twórcy. 
Sama perspektywa wyjazdu mnie nie zachęcała. Nie przepadam za byciem odciętą od cywilizacji, a gdy zobaczyłam, że miejsce do którego jedziemy znajduje się w środku lasu tym bardziej mój zapał był minimalny - aby dojechać do ośrodka trzeba jechać drogą gruntową przez las trzy kilometry. Nie żebym była uzależniona od technologii, ale przed wyjazdem zabrałam ze sobą tablet, telefon i MP3 oraz poprosiłam tatę o kartę, aby miałam dostęp do Internetu (stąd też mogłam w miarę możliwości odwiedzać wasze blogi, choć nie zawsze udawało mi się skomentować posty). Nie wychodziłam jednak za bardzo poza schemat, bo zarówno mama, jak i tata wzięli ze sobą swoje laptopy, a więc ktoś naprawdę mógłby powiedzieć, że jesteśmy rodzinnie uzależnieni. W każdym razie to mi dodawało otuchy, ponieważ miałam świadomość, że nie będę całkiem odcięta od świata. 
Miejsce, w którym mieszkaliśmy wyglądało lepiej niż się spodziewałam.Była tam świetna restauracja z naprawdę wspaniałym jedzeniem, w którym się po prostu zakochałam. Ludzie mieszkali w małych, drewnianych domkach nazwanych od ryb - nam przypadł Kleń. Dobrze, mogłabym ponarzekać i powiedzieć, że nie było w nim idealnie, ale sobie daruję i złożę tylko jedno zażalenie: było, za przeproszeniem, cholernie zimno. Miałam wrażenie, że w momencie, w którym na zewnątrz było czternaście stopni, to w sypialni było jeszcze zimniej! Dlatego też w pewnym momencie miałam na sobie trzy warstwy i siedziałam pod kołdrą większość dnia. 
Na szczęście na ostatnie parę dni pogoda się poprawiała, zapewniając nam wieczorem takie oto malownicze widoki. Udało mi się nawet w Jezioraku popływać - raz. Co prawda niezbyt długo ze względu na to, że woda była zimna, a chwilę po tym, gdy weszłam do wody słońce schowało się za chmurami - może to jakiś znak, abym więcej nie wchodziła do wody? Jednakże pływałam, a więc nie było aż tak źle. 
Co robiłam przez większość czasu, skoro nie mogłam leżeć plackiem na piasku i odganiać się od gzów? Czytałam w pokoju książki, a dokładnie e-booki. Ze względu na moje tempo, suma summarum przeczytałam dziesięć książek w trakcie tego wyjazdu, co daje jeden tom na dzień. I w większości przypadków, co jest aż dziwne, były to książki New Adult (o których pisałam tutaj). Chyba potrzebowałam przez te parę dni przestać myśleć i po paru książkach fantasy, sięgnęłam po romanse problematycznych par - bo kto mi tego zabroni? I co dziwniejsze, udało mi się trafić na całkiem niezłe pozycje, które możliwe, że w przyszłości zrecenzuję.
W przypadku mojej rodziny nie toleruje się wyjazdu na wakacje po to, aby siedzieć na tyłku i nic nie robić. Co drugi dzień gdzieś wyjeżdżaliśmy i spędzaliśmy w innym mieście, zwiedzając, co tylko się da. Stąd mam parę refleksji na temat odwiedzonych przez nas miejsc. W większości przypadków mieliśmy ogromne szczęście, ale zdarzały się też słabsze wypady. 
Przede wszystkim zwiedzaliśmy krzyżackie zamki, stąd Szymbark - piękne ruiny zamku, akurat, jak się dowiedzieliśmy nie-krzyżackiego. Mieliśmy takie szczęście, że akurat na miejscu była pewna pani, która oczekiwała na sesję zdjęciową dla młodej pary. Dlatego wpuściła nas do środka - wraz z psem, którego się bała, choć to potulne stworzenie - i opowiedziała o historii tego miejsca. Tego samego dnia zaliczyliśmy też najbardziej pechowy wyjazd do Sztumu, w którym była beznadziejna pizza, beznadziejna obsługa i zamek, który nie wyglądał, jak zamek. Do tego zrobiło się wtedy zimno, a więc szybko wróciliśmy do ośrodka. Zwieńczeniem tego dnia była wizyta w Karnitach, w których zamek był hotelem i oprócz ładnego widoku na jezioro i pasących się danieli nie było nic ciekawego.
Mimo pecha, który spotkał nas w Sztumie pojechaliśmy do Fromborku, w pobliżu granicy z Rosją. Zdecydowaliśmy, że pojedziemy nad morze Bałtyckie na jeden dzień, zobaczymy ogromną, ufortyfikowaną katedrę, widok z wieży wodnej, zamoczymy stopy w zimnym morzu i zjemy rybę. Wszystkie te punkty zostały spełnione, choć pierwszy kontakt mojego psa z wodą morską nie był pozytywny. Po pierwsze zwierzak bał się tego, że są fale, które się nagle do niego zbliżają, a słona woda zdecydowanie nie nadawała się do picia. Jestem antyfanką ryb, a więc sceptycznie podeszłam do tematu smażalni portowej. A mimo to pierwszy raz w życiu zjadłam rybę, która mi smakowała, co jest ogromnym wyczynem. We Fromborku znalazłam też Jelly-fishową łódkę oraz Dar teściowej.
Oto chyboczący się pomost. 
Jednego dnia pojechaliśmy też do malowniczej Ostródy, w której najwięcej czasu spędziłam na poczcie, kupując pocztówki dla przyjaciółek. Podobało mi się też to, że na jeziorze był tor do jazdy na nartach wodnych! Niestety nie miałam możliwości, aby z tego skorzystać, ale jeżeli jeszcze kiedyś tam pojadę, to tym razem na pewno spróbuję. Inną ciekawą rzeczą była restauracja z czeskim jedzeniem, co było dość... Zaskakujące. W końcu to Mazury, a nie okolice granicy z Czechami! Kiedy opuściliśmy Ostródę pojechaliśmy do Nidzicy, w której stoi krzyżacki zamek. Zwiedziłam go razem z mamą i choć był ładny, było parę salek do obejrzenia, to nie wywarł na mnie takiego wielkiego wrażenia. Mimo to pan przewodnik był bardzo miły i żałuję, że nie wykładał historii w moim liceum. Mam wrażenie, że na jego lekcjach byłabym skora słuchać i nie przysypiać przy tym.
Ostatnim miejscem, które odwiedziliśmy, pomijając Iławę, która przywitała nas deszczem i niską temperaturą, był Radzyń Chełmiński. Zamek mało znany, który odkryła moja mama przypadkiem, w trakcie wyjazdu. W momencie, w którym zobaczyłam zdjęcie zdecydowałyśmy z moją rodzicielką, że trzeba tam pojechać, choćbyśmy mieli wypruć sobie żyły. Tata na szczęście się zgodził i w drodze powrotnej do domu zawitaliśmy do potężnego zamku. Muszę przyznać, że był naprawdę wspaniały. Są miejsca, które budzą mój zachwyt, jak zamek Książ na Dolnym Śląsku. Mimo to mam większy sentyment do ruin. I te, choć nie do końca odrestaurowane, były naprawdę wspaniałe. Trafiliśmy akurat na początek prac remontowych, a więc jedna ściana była przesłonięta płachtą, a do tego po terenie kręciło się mnóstwo studentów archeologii, którzy odbywali praktyki. Co mnie zachwyciło w tym miejscu? Zaczynając od góry: dwie, dobrze zachowane wieże, na które prowadziły kręte, wąskie schody. Jestem maniakiem wspinania się w zamkach, jak najwyżej się da. Zdjęcie po prawej przestawia finalne wejście na wieżę, na jej zewnętrzną część. Wejście to ma około pięćdziesięciu centymetrów wysokości i jest dość wąskie. Przeszłam przez nie jednak, aby zrobić zdjęcia dziedzińca z góry i murzę przyznać, że to było jedne z lepszych doświadczeń. Inną rzeczą, którą tu pokochałam były piwnice, a w nich zachowane elementy wystroju: krzesło, skrzynie, zbroje, narzędzia tortur oraz broń biała (którą też przy każdej możliwej okazji się zachwycam). W zamku znajduje się też potężna kaplica o niezwykle wysokim sklepieniu.
Jak odebrałam Mazury? Miejsce ładne i malownicze, choć zimne i pełne robactwa, które doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Dużo os, których panicznie się boję, gzów, które gryzły na potęgę oraz innego dziadostwa typu mrówki. I mogłabym sobie ponarzekać, ale po co? I tak za parę lat nie będę pamiętać, że uciekłam przed osą, zatrzaskując ją w sypialni tylko to, że widziałam pierwszy raz w życiu żurawie i jastrzębia w naturalnym środowisku i to z bliska! A przynajmniej taką mam nadzieję, że będę to lepiej pamiętać. W każdym razie miejsce jest ładne i na swój sposób interesujące, ale mam wrażenie, że nie na tyle, abym chciała tam jeździć rok w rok.
I jeszcze na koniec Jellyfish, składając autografy na piasku.

15 komentarzy:

  1. Ja nad morzem też nie miałam genialnej pogody, teraz byłaby idealna i może nawet bym popływała :D A tak weszłam do wody tylko po pas, po czym zamarzałam :P
    Ja na Mazurach byłam tylko raz i tylko na jednodniowy wypad. Za to rozumiem udrękę jechania ze zwierzakiem, który nie lubi jeździć - 3 godziny drogi do babci z płaczącym całą drogę kotem i tak kilka razy w roku.
    Bo wyjazdy nie są po to, żeby siedzieć na dupie :D Ja wyjechałam z chłopakiem to spaliśmy co prawda do 12, ale wychodziliśmy i wracaliśmy dopiero około 24, nie spędzając w hostelu dużo czasu :) Nawet nie wiesz, ile kasy można przez tydzień wydać na cyber gaya :P (nwm, jak to się pisze xd)
    Ja mam Orange Free na Kartę i jak przedłużysz konto na rok to naprawdę dużo można uzbierać internetu, ja mam prawie 60 GB i to się serio przydaje, bo wyjeżdżam nie dość, że w wakacje dużo to czasem na ferie, na wszystkie święta, a u babci nie ma internetu tylko muszę mieć swój :) Takie czasy, że człowiek uzależniony od technologii :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co kogo pytam, to wszyscy byli na wyjazdach w ten pechowy, deszczowy tydzień - to jest jakiś zbiorowy pech!
      Biedny kot :(
      Hahahaha, wierzę, że naprawdę dużo :P Ale przynajmniej dobrze się bawiliście, a to jest najważniejsze.
      O, dobrze wiedzieć :) Ja nie jestem pewna, jaki mam pakiet, bo ojca o to nie dopytywałam, ale musiałabym się dowiedzieć, żeby na przyszłość mieć porównanie.

      Usuń
  2. Mazury są super, byłam tam na wycieczce klasowej. Najlepsza wycieczka ever.
    Jazda samochodem z psem to piekło, a zwłaszcza ze szczenięciem, które gryzie i wierci się, nawet nad pobliskie jezioro wtedy ciężko jechać, o jak ciężko.
    ,,Nie przepadam za byciem odciętą od cywilizacji" Nie wiesz, co to prawdziwe życie, dziewczynko :) Niedawno mieszkałam w miasteczku, w mieszkaniu, z którego każdego okna widać las i było to odjazdowe. Chodzenie z kółkiem biologicznym do lasu, łapanie jaszczurek, widywanie dzików, tropienie śladów krwi po odstrzale na śniegu... Teraz mieszkam na wsi koło tego miasteczka i mam dookoła domu pustkowie – pola, ugory. Do najbliższego sklepu trzy kilometry. Telewizja nie dochodzi, ale ta naziemna standardowa zwykle jest. Do ogródka wlazł nam królik, sarny zżerają iglaki posadzone pod płotem. W nocy ropuchy skaczą i cykają sobie wszystkie cykające stwory. Tylko lasu blisko brakuje. Odcięcie od cywilizacji jest najlepszą rzeczą, jaką mogę sobie wyobrazić. Jasne, siedze w netach, z telefonem zawsze, ale w mieście bym umarła. Dosłownie umarła.
    Nie byliście w Wilczym Szańcu D: Zwiedzanie Wilczego Szańca z przewodnikiem to najlepsza rzecz na Mazurach.
    Dżelifisz chudziutka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój pies szczeniakiem już nie jest, ma sześć lat, ale dalej nie lubi jazdy.
      Cóż, ja mieszkam na przedmieściach, więc mam tutaj pola, las widoczny z okna, dziki, sarny i zające. To miejsce jeszcze lubię, ponieważ mimo wszystko nie jest daleko do centrum miasta, choć jest od niego kawałek oddalone. Aczkolwiek nie chciałabym mieszkać w takiej małej wsi, z której musisz jechać pół godziny samochodem żeby dojechać do jakiegoś supermarketu. To może być spowodowane tym, że większość życia (prawie 12 lat) spędziłam na sporym blokowisku i dopiero od siedmiu lat mieszkam w innym mieście na przedmieściach. I zdecydowanie nie lubię być odcięta od cywilizacji :P Bez telewizji przeżyję, bo jej nie oglądam, ale internet już jest mi niezbędny.
      Chcieliśmy tam z tatą pojechać, ale było za daleko i już nam czasu nie starczyło :/

      Usuń
    2. Nie lubi jazdy a gryzie ludzi jak szalony to różnica :D
      Ale i tak bliskość centrum miasta, brrr. To nie jest prawdziwa wolność i wieś. Też mieszkałam na blokowisku, ale było to blokowisko w miasteczku, które liczyło sobie 8 tysięcy mieszkańców i w kilka minut mogłeś je na własnych nogach opuścić, a to właśnie dla mnie znaczy wolność i nieuwięzienie w mieście.
      ;_______________________________________________;

      Usuń
    3. Ach, no to wiesz, ja wcześniej mieszkałam na blokowisku w Katowicach, a więc nie można powiedzieć, aby to było małe miasteczko :P Stąd chyba moja sympatia do większych miast. Aczkolwiek rozumiem, że lubisz takie miejsca, choć wydaje mi się, że to raczej rzadkość. Nazwijmy naszą grupę wiekową młodzieżą, to wydaje mi się, że zazwyczaj takie osoby wolą miasta.

      Usuń
    4. O rany, Katowice ;___________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________;


      Współczucie wiele. Odbierajo Wam tyle, a nawet nie wiecie, co tracicie.

      Usuń
    5. Ja akurat darzę Katowice dużą sympatią :P

      Usuń
    6. Hehe, byłam nad morzem jeden dzień, hehe, radość wiele, plaża, hehe. Musiałam się pocieszyć.

      Usuń
  3. Nienawidzę robaków, przez te pełzające, po komary... Nie planuję w najbliższym czasie wyjazdu na Mazury, ale jadę w stronę gór. Kraków, może Zakopane, niestety krótki wyjazd, jedynie za znajomymi, nie mogę planować za wiele. Łódka świetna, jak Twoja własność. ;)

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Komary są najgorsze! W tym układzie życzę miłego wyjazdu :)
      Mogłam namierzyć właściciela i powiedzieć, że skoro mam taki nick na blogu to rekwiruję tą łódkę :P

      Usuń
  4. Wiesz, że ja też nigdy nie byłam na Mazurach? Jakoś zawsze kojarzyły mi się jedynie z siedzeniem nad wodą i komarami. Śliczne zdjęcia zrobiłaś, zwłaszcza te o zachodzie słońca. Dla takich widoków myślę, że jednak warto się tam wybrać :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat zdjęcia są autorstwa mojej mamy :D Widoki i zamki krzyżackie prześliczne ^^ Dla tych rzeczy warto jechać.

      Usuń
  5. W życiu nie byłam na Mazurach, czas się chyba w końcu wybrać... Przydałyby mi się takie porządne wakacje.
    Piękne zdjęcia, uwielbiam zachody słońca.
    Nominowałam Cię do muzycznego tagu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widoki są prześliczne ^^
      O! Dziękuję. Odpowiem na niego, gdy wrócę od rodziny, czyli w przyszłym tygodniu :)

      Usuń

Szablon wykonany przez prudence.