5 grudnia 2015

Do czterech razy sztuka

Do dwóch, do trzech, do czterech, do ośmiu, do szesnastu razy sztuka. To zależy od osoby (i to niestety często od egzaminatora, a nie od egzaminowanego...). Niektórym się uda za pierwszym, innym dopiero za piątym. I nie ma znaczenia, ile razy będziemy próbować i słyszeć "Wynik negatywny, dziękuję, do widzenia", ważne, aby się nie poddawać. Trzeba być wytrwałym i mimo że ma się już dość, ma się ochotę to wszystko rzucić, to i tak należy dalej działać. Choć fakt - sporo to kosztuje. Zarówno nerwów, jak i pieniędzy. A jednak: warto podchodzić znowu i znowu, dla tych dwóch magicznych słów: "Wynik pozytywny", które ja - w końcu - usłyszałam w środę, drugiego grudnia.
A o czym mowa? Jeżeli ktoś jeszcze się nie domyślił, to oczywiście o prawie jazdy. Mojej zmorze na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy. Na ten temat pisałam po raz pierwszy w lipcu, kiedy ledwo co zaczynałam kurs. A dopiero drugiego grudnia zdałam praktykę... A więc ile się z tym mordowałam? Lipiec, sierpień, wrzesień, październik, listopad... Pięć miesięcy! Szczerze powiedziawszy już dawno nie byłam czymś tak bardzo zmęczona psychicznie, jak ciągłym podchodzeniem do tego egzaminu. Naprawdę miałam ochotę to rzucić już za pierwszym razem, gdy oblałam. A że dla mnie tego typu rzeczy to kwestia życia i śmierci (tak, wiem, wyolbrzymiam), to strasznie przeżywałam fakt, że mi się nie udaje. Na szczęście upór w działaniu wygrał i jakoś to poszło. 

Możliwe, że faktycznie przesadzam, ale to naprawdę pasowało do mojego stanu psychicznego, gdy ZNOWU mi się nie udawało zdać tego przeklętego prawka.
Ale od początku. Ze względu na to, że wszyscy się wystraszyli tego, że od przyszłego roku mają wchodzić nowe wymogi względem egzaminu na prawo jazdy, ludzie rzucili się do szkół jazd, aby robić kursy. Jeżeli ktoś dalej się tego obawia, to uspokajam: ustawy, które mają utrudnić nam życie wejdą najwcześniej za pół roku, a może nawet rok. W każdym razie ze względu na to, że tyle osób postanowiło robić prawo jazdy, w WORDzie trzeba było się naczekać na termin. Było to około dwóch tygodni - niestety. Ale trzeba było to jakoś przeżyć.
Teoria nie sprawiła mi problemu, zdałam ją już za pierwszym razem, tracąc tylko jeden punkt. Za to praktyka sprawiła mi o wiele większy problem i to nie dlatego, że wyjeżdżając na drogę po przejechaniu trzech metrów pasażer ma ochotę wyskoczyć z auta ze strachu.

Pan egzaminator nr 2: Ja na Pani miejscu wyjechałbym w lewo, a nie w prawo... Ale jeżeli chce się Pani wykazać umiejętnością zawracania w tak wąskiej uliczce, to proszę bardzo! 

Kat... To znaczy: egzaminator

Za pierwszym razem miałam ochotę otworzyć drzwi samochodu, wyjść i wrócić pieszo do domu. Szanowny pan, który mnie egzaminował brzmiał jak psychopata, a ja - już i tak roztrzęsiona - byłam przez to jeszcze bardziej przerażona. Bo jak tu być spokojnym, gdy ktoś mówi głosem wypranym z emocji: "Pani Aleksandro, ale jak tak można?". Suma summarum byłam tak skupiona na przerażającej aurze, otaczającej tego faceta, że przejechałam na stopie. 
Za drugim razem miałam egzaminatora szowinistę. Niby poszłam spokojniejsza, ale dalej robiłam głupoty. Pan miał poczucie humoru, które nie zawsze mnie bawiło, ale dla zasady się uśmiechałam. Ogólnie i tak byłam na tyle zestresowana, że gdy pan mówił "w lewo", ja zawracałam, "w prawo", pojechałam prosto, a "prosto" pojechałam w lewo na rondzie. Wracając do WORDu, bo już prawie - cudem - zdałam, namieszałam z kierunkowskazami. 
Trzeci raz szybko się zaczął, szybko się skończył. Pan był miły, ale nie uspokoiło mnie to i ponownie narobiłam głupot. Pan od razu zwracał się na mnie na Ty i zagadywał, co, gdzie studiuję i "Co tak życiowo robię oprócz prawa jazdy". Aż na usta cisnęło mi się "Nic. Od narodzin poświęcam się zdaniu tego egzaminu". Rozsądek, podsuwający myśl, że mogę go jeszcze spotkać wygrał. 
Za czwartym razem miałam pana, który nie sprawiał żadnego wrażenia. Ani negatywnego ani pozytywnego. On sobie po prostu siedział i był. Odzywał się, kiedy musiał i nie dodawał nic od siebie. Pomijając moment, gdy omal nie zeszłam przez niego na zawał, był w porządku. 

Pan egzaminator nr 4: Pani zjedzie tutaj na prawo i się zatrzyma. 
"Cholera, oblałam! Na czym, na czym?! Wymusiłam pierwszeństwo na aucie, które było dwieście metrów za nami?!"
Pan egzaminator: Może Pani ruszać, jakieś zielone auto nas śledziło, pewnie Pani przeszkadzało. 
"Jakie, kurde, zielone auto...?"



Dobrze Pani jeździ, ale niestety wynik negatywny 

To chyba było najbardziej dołujące w trakcie tych egzaminów. Dwukrotnie usłyszałam słowa, których wydźwięk zawarty jest w tym podtytule. Przykre, ale prawdziwe. Ze względu na stres robiłam takie głupoty, że niezależnie od umiejętności i tak oblewałam. Czyli krótko mówiąc nic, tylko się załamać. 
Ogólnie muszę przyznać, że w trakcie egzaminu, to właśnie stres był moim największym przeciwnikiem. Gdybym już za pierwszym razem podeszła do tego w miarę na spokojnie, to możliwe, że sytuacja potoczyłaby się zupełnie inaczej. A jednak nie umiałam się uspokoić. No cóż - taki mam charakter. 
Przyznaję, że zdarzały się zabawne sytuacje, z których zapewne za kilka lat będę się śmiała. Aczkolwiek jeszcze chwilę po egzaminie to było naprawdę dramatyczne!

Jeżeli ktoś planuje zdawać w najbliższym czasie prawo jazdy, to mogę poradzić jedynie próbę zrelaksowania się. Ja do tego podchodziłam zbyt emocjonalnie. Wiele osób nie zdaje za pierwszym razem i trzeba się z tym pogodzić. Wydaje mi się, że warto zaakceptować fakt, iż możemy należeć do tego grona, które nie zdało za pierwszym razem. Nie można tego za bardzo roztrząsać, bo na co to komu?
Po drugie jeżeli już oblejecie, to nie obrażajcie się na egzaminatorów i oburzeni nie wychodźcie z auta. Każdego z tych trzech gości spytałam o to, co może mi jeszcze doradzić: na co zwrócić uwagę, co jest źle i na czym się bardziej skupić. W rezultacie otrzymałam kilka cennych rad. Nie bójcie się ich pytać, bo jak już płacicie to sto pięćdziesiąt złotych za jeden egzamin i go oblejecie, to można jeszcze jakoś tych egzaminatorów wykorzystać.
Po trzecie czasami warto dokupić dodatkowe godziny jazd w szkole i jeszcze sobie poćwiczyć to, co sprawia wam problemy. W moim przypadku było to parkowanie równoległe i zawracanie na trzy.
Po czwarte... Nie wiem czy to złota rada, ale w moim przypadku się sprawdziła. Zaczarowanie daty. Praktycznie nikomu nie powiedziałam, kiedy zdaję egzamin, a jeżeli ktoś znał dzień, to oprócz moich rodziców, nikt nie wiedział o której godzinie. Uznałam, że nie będę o tym rozmawiać, nie będę tego roztrząsać, bo słuchanie "powodzenia" sprawiało, że czułam się zobowiązana, aby to zdać. Najspokojniejsza byłam, kiedy, rozmawiając z ludźmi w środę rano nikt nie poruszał tego tematu i nie miał świadomości, że podchodzę do egzaminu. 


A wy planujecie robić prawo jazdy? A może już je macie? Jeżeli tak, to przydarzył wam się jakieś śmieszne lub dziwne sytuacje, w trakcie zdawania prawa jazdy? 

16 komentarzy:

  1. Ja niestety nie zdaję prawa jazdy:(. Totalny brak pieniędzy! Poza tym...mam alergię na metale i niezależnie czy byłabym kierowcą, czy pasażerem z podróży zawsze wracam roztrzęsiona, sucha i rozdrażniona swędzeniem;/. Głupio to brzmi, ale taka prawda...chociaż może za parę lat uda mi się zrobić:). Byłoby fajnie, bo prawko mimo wszystko się przyda...a ja wiecznie nie mogę szukać wymówek;].
    Ja ci serdecznie gratuluję zdania!;), jedź ostrożnie!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, to skoro faktycznie ze względu na Twoją chorobę byłby taki problem z prowadzeniem, to nie dziwię się, że nie rozważasz robienia prawa jazdy.
      Dziękuję :) Na pewno będę.

      Usuń
  2. O, jak to dobrze znam! Też udało mi się uporać z prawem jazdy dwa dni temu (koniec tego piekła z MORD... ekhem, WORDem) - w moim jednak przypadku miałam szczęście trafić na luźnego egzaminatora, który nie chciał mnie oblać (bo są tacy, którzy to na każde kolizyjne w mieście biorą i każą parkować równolegle) i zdałam za pierwszym. Ale to też pewnie kwestia podejścia - bo kiedy usłyszałam, że przenieśli przepisy, od razu machnęłam ręką, a tam, to spokojnie mogę zdać jeszcze w styczniu, nie muszę się spieszyć. Aż sama nie mogłam uwierzyć, że wyszło...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratuluję :P Brawo my, skoro obydwu nam się udało.
      Wiem, słyszałam o przypadkach, gdy egzaminator jeździ tak długo, aby kogoś oblać na zmęczeniu i stresie. To jest okropne!
      I wiesz, chyba takie nastawienie na spokojnie jest najlepsze ze wszystkich :)

      Usuń
  3. Gratuluję zdania! Ja jeszcze mam do tego trochę czasu, więc na razie się nie martwię :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja właśnie podeszłam do wszystkiego zbyt emocjonalnie i niestety dałam sobie spokój po trzecim niezdanym egzaminie. Mówi się, że egzamin to nie jest sprawa życia i śmierci, w tym przypadku niestety czasem jest ;) Być może, nie zdając za pierwszym razem, ratujesz komuś życie...
    Tak, z takim szlachetnym podejściem nie zdam tego egzaminu nigdy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ciekawy sposób myślenia.
      Ja się nie poddałam, bo myślałam sobie, że jak już wydałam tyle kasy na kurs, zdałam tą teorię i próbowałam te trzy razy, to muszę spróbować jeszcze raz, aby się to udało. Nie mogę teraz tego czasu i pieniędzy, które poświęciłam na prawko zmarnować.
      Niemniej rozumiem, że mogłaś odpuścić. Czasami to tak jest, że dochodzi się do wniosku "A może to jednak nie dla mnie?" :)

      Usuń
    2. No u mnie oprócz wyżej wymienionych szlachetnych pobudek doszedł fakt, że w międzyczasie zmieniły się zasady egzaminowania i musiałabym zaliczyć cały kurs jeszcze raz, co podwoiłoby koszty... Stwierdziłam, że jednak moje konto nie jest z gumy ;)

      Usuń
    3. O matko, to faktycznie beznadziejnie ci się złożyło z tymi zmianami :/ Nie dziwię się, że nie podeszłaś drugi raz.

      Usuń
  5. Moi WSZYSCY znajomi z klasy mają już prawka, a ja nie bo... Bo nie widzę sensu w zdawaniu. W zeszłym roku miałam strasznie dużo zajęć z pracą na czele, więc stwierdziłam, że nie chcę się teraz w coś następnego angażować, a teraz, w czwartej klasie, mam maturę i też stwierdziłam, że to skrajna głupota pakować się w jeszcze większy stres.
    Poza tym, mam plan, żeby nie zdawać prawka w Polsce, bo na studiach, w Krakowie i tak nie będę poruszać się osobówką, tylko tramwajami, a później emigruję do Anglii i bardziej sensownym jest, zdać prawo jazdy tam. :)
    Ale podzielam problem odnośnie stresu. To on jest wszystkiemu złemu winien, w całym moim życiu. Dlatego obawiam się, że matury - mimo że głupia nie jestem - mogą mi pójść gorzej niż powinny, bo choćbym ile razy sobie nie wmawiała, że nie powinnam się martwić, to i tak się martwię. Pewnie przed majem, zacznę brać coś na uspokojenie, bo zejdę na zawał. :)
    Pozdrawiam,
    Sherry

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też czekałam ze zdaniem matury, aby zrobić prawko. Uznałam, że nie będę sobie tego brała na głowę w klasie maturalnej, bo to głupota. Chyba bym umarła z tego stresu.
      Hm, ciekawa myśl :D W tym układzie powodzenia, może w Anglii nie ma takich problemów z tym jak w Polsce i przyjdzie ci zdanie tego łatwo.
      Doskonale cię rozumiem. Ile przez stres się wycierpiałam, to moje. Także wiem, jak to jest, gdy to on definiuje twoje życie. Spróbuj zawczasu poszukać jakichś sposobów, które pomagają ci poradzić sobie ze stresem. Jest mnóstwo technik. Głębokie oddychanie, uświadomienie sobie, co wywołuje stres etc.
      Mam nadzieję, że nie zejdziesz na zawał i że sobie poradzisz z maturą ^^

      Usuń
  6. Wiesz, mój facet zdawał 2x. Za pierwszym razem już wracał i... pieszy wyskoczył mu zza autobusu. Miał ochotę zamordować tego faceta :D Za drugim tez ktoś mu wyskoczył, ale zareagował szybciej niż egzaminator i zdał bez problemu ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dziwię się! To jest straszne, bo czasami można oblać nie ze swojej winy, tylko innych...

      Usuń
    2. Taak, to na pewno straszne, zwłaszcza, gdy instruktor ci mówi, że bardzo dobrze jeździsz a tu taki zonk :D

      Usuń
    3. Tak! To jest dramat! ><

      Usuń

Szablon wykonany przez prudence.